Legendy Gór Stołowych

O Homoli

Powiadali u nas o tej Homoli, że tam siedział taki rycerz, co wszystkich napadał, a najbardziej kupców, jak jechali do Kłodzka na zakupy. Jechali furą do dom a on ich napadał, fury zabierał i mordował.

Kiedyś mu oznajmili pachołkowie, że od Kłodzka ciągną fury. Pospiesznie wsiedli na konie i napadli ich. Ludzi wszystkich zabili a wozy zaciągnęli na Homolę. Zaraz, jak z tym przyjechali przed Homolę, przed zamek, naraz wyskoczyły z tych złupionych wozów diabły, same czarne, i wybiły na tej Homoli wszystko co tylko tam było żywe. Tylko sam pan został. A one jeszcze i jego szykowały się zabić.

Aż tu wybiła północ i nagle diabły straciły moc. Tak się rozzłościły, że nagle jak coś nie rąbnie i ta cała Homola zapadła się razem z rycerzem. Jedyna pamiątka po Homoli, że tam kiedyś jakiś zamek stał, to została tylko taka wieża. I do dziś dnia tam stoi, taka ruina.

Król wężów

Na Hejszowinie jest taka gadka o wężu w koronie. Dziewczęta z Pasterki poszły sobie na Hejszowinę na jagody, zabrały pajdę chleba i dzbanek mleka. No i w obiad przychodzą do jadła, patrzą a ty koło dzbanka się im wyleguje wąż a na głowie ma złotą koronę.

Jedna z nich migiem mu tę koronę ściąga, a druga jej powiada: „Tego nie można robić, teraz to już będzie po nas”. I zaczęły uciekać do dom, a wąż za nimi - goni je, syczy i woła inne węże na pomoc. Wszystkie węże ruszyły za dziewczętami. Roiły się z każdej jamy i skakały na pomoc królowi. A jednak dziewczęta szczęśliwie dotarły do dom, a ta co tę koronę ukradła, to była potem w Pasterce najbogatsza panna.

O zamku i zaklętej pannie na Szczelińcu

Jest taka bajka, że Hejszowina kiedyś miała być zamek. A na tym zamku, na Hejszowinie, ostawał się jeden rycerz, rabuś, co wszystkich napadał i rabował. Jednego razu, w same święta, zaszedł doń na noc jeden pustelnik. Kiedy tam przyszedł, rycerz miał się z niego wyśmiewać, wziął kielich z winem i mówi, że wypiją zdrowie czarta, niech żyje! I nagle spadł grom z nieba, i cała Hejszowina zapadła się pod ziemię. Rano, jak ludzie w Karłowie się pobudzili, to zobaczyli, że żadnego zamku nie ma, tylko kupa skał.

To był zaklęty zamek. Powiadali, że tam pod ziemią siedzi sobie hejszowińska księżniczka i prosi, żeby ją kto uwolnił. Dawniej ponoć chadzała do Bożanowa na tańce, bo se umyśliła, że tam znajdzie kogoś, kto ją uwolni od zaklęcia. No i znalazła sobie swojego tancerza. On jej raz powiedział, że ją odprowadzi do dom. Ona na to, że nie może, a on: „Czemu?”

Powiedziała mu, że na pewno, niech jej uwierzy, że by się zląkł. Na to on - że się żadnego nie boi, więc ona mówi: „Dobrze, skoro się nie boi, niech pójdzie ze mną, ale niech uważa” bo jak przyjdą do tych woserfelów (wodospady potoku Pośny), to tam na nich wyleci smok z paszczy ogniem ziejący i że będzie miał klucz, a on mu ma ten klucz wyrwać. Młodzieniec obiecał, że to wszystko uczyni i że nie będzie się bać, ale jak przyszli do tych woserfelów, tam, jak się z Radkowa idzie pod górę i ten ognisty smok ku nim przyleciał, to on się zląkł i uciekł. I panienkę hejszowińską zostawił, nie wyswobodził jej. Rozpłakała się i znów musi czekać na śmiałka, który z niej zdejmie czar.

I czeka tam jeszcze. Kiedyś jeden kawaler z Lajdorfu (Mały Karłów) tam trafił i widział ją śpiącą. Miała w ręku tę koszulę - ponoć szyje ją tylko raz w roku - w Boże Narodzenie, a dokładnie to na Wigilię robi tylko jeden ścieg. Teraz jest przy ostatnim rękawie, jak ten rękaw doszyje i koszula będzie gotowa, to ma być koniec świata. No, według tego, to już nie tak daleko, prawda?

Z opowieści Filomény Hornychovéj ludowej gawędziarki czeskiej, z domu Burdychovéj, urodzonej w Karłowie (Na pustinách) w 1905 roku. [przełożył Jarosław Malicki]